Spis treści
Pożegnanie z Pawłem. Rozpoczynam samotną wędrówkę od niemiłych spotkań i niespodziewanego przytulenia, gdy podejmuję decyzję, by mimo trudu iść dalej. Jesteście ciekawi?
Dzień 4 – pierwszy dzień samotnej drogi i niemiłe konsekwencje spotkań z ludźmi
📍 28,2 km
Poranne pożegnanie
Muszę przyznać, że dziś obudziłam się z nastrojem pt. „Nie mam ochoty na interakcję z ludźmi”. Pielgrzym, który potrzebuje prosić ludzi o pomoc, a jednocześnie nie ma ochoty z nimi rozmawiać, to dość trudne połączenie.
W związku z tym niezbyt wylewnie pożegnałam się z Pawłem, choć jestem mu bardzo wdzięczna za wspólną drogę.
Pawle, wiem, że po powrocie do domu tu zajrzysz. Dziękuję Ci za opiekę, caminowe opowieści, mądrości, jedzenie i śpiewanie. O, jak mi teraz śpiewania brakuje. Niestety, mój głos nie jest w stanie wydobyć dźwięków w różnych wysokościach – tylko mowa wchodzi w grę.
Paweł zostawił mi jeszcze dwa kapsle od swoich Tymbarków ❤.
Około 8:30 w końcu się zebrałam, podziękowałam księdzu za nocleg i wyruszyłam w drogę.

Historia murów
Na zdjęciu kościół i Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Niewidomych wyglądają jak jeden budynek – i faktycznie tak było. Dawniej mieścił się tu klasztor. Po jego kasacie urządzono szpital psychiatryczny, który również nie przetrwał: hitlerowcy rozstrzelali w pobliskim lesie 1100 pacjentów.
Dziś ośrodek pełni inną funkcję, a księża mieszkają kawałek dalej.
Czuję, jakbym zaczynała nową drogę – tym razem samotnie. W plecaku mam chleb, banana i wiśniowe delicje od Pawła. Resztki czekolady właśnie zjadłam. Od nowa cieszy pierwszy znaczek muszli. W sumie każdy cieszy. Choć mam mapę i GPS i generalnie wiem gdzie iść, to te znaczki strasznie cieszą. Choć zdecydowanie powinny być częściej, bo idąc za samymi znaczkami wiele razy możnaby się zgubić.

Dziewicza Góra
Puszcza Zielonka – znowu. Dziewicza Góro, nadchodzę! Jak to z górą bywa – trzeba się wspiąć, a plecak nagle robi się cięższy 🙁.
W Wielkopolsce tytuł „najwyższego szczytu” nie wymaga imponujących wysokości. Dziewicza Góra, zwana też Górą Anny, liczy 143 m n.p.m. Dawniej należała do cysterek z Owińska, stąd pierwotna nazwa – Góra Dziewcza – zmieniona później na Dziewiczą. Znacie jednak legendę?

W gęstych lasach, które do dziś otaczają miejscowość czerwonak, przed wieloma wiekami żył potężny niedźwiedź, słynący z wielkiej odwagi. Zwierzyna leśna uważała go za króla i darzyła wielkim szacunkiem.
Pewnego dnia przemierzał on daleką drogę, na sam szczyt wysokiej góry. Wtem strzała myśliwego przebiła mu łapę i ciało całe przeszył wielki ból. Zaryczał przeraźliwie, a echo niosło jego ryk po okolicy. Strzała tkwiła głęboko i żadnym sposobem nie potrafił jej wyjąć.
Nagle dostrzegł dziewczynę, która wśród leśnych krzaków szukała jagód. Nadzieja zagościła w niedźwiedzim sercu, choć nie był pewny, czy może liczyć na jej pomoc. Anna (bo takie miała imię) bardzo się przestraszyła, gdy zobaczyła, że niedźwiedź wyciąga ku niej zraniona łapę. Ale był taki bezradny i prosił o ratunek. Jak mogłaby pozostać obojętna. Wyciągnęła strzałę z łapy, obmyła łapę i opatrzyła ją leczniczymi ziołami. Pogłaskała na pocieszenie niedźwiedzi łeb, a wówczas stało się coś niezwykłego. Przed sobą ujrzała pięknego młodego rycerza – jak ze snu. Przetarła oczy, zanim uwierzyła, że to prawda. Ciążące na rycerzu zaklęcie zostało dzięki Annie odwrócone. Młodzieniec ukryty w niedźwiedziej skórze odzyskał wolność i zdobył serce pięknej dziewczyny. Na wielkim weselu bawili się wszyscy, a na pamiątkę zdarzenia góra do dziś nazywana jest Górą Anny lub Dziewiczą Górą.

Seria niefortunnych spotkań
Planując Camino przez Poznań, chciałam nocować przed miastem i za miastem – tak, by nie kusiło mnie zatrzymanie się. Nie sądziłam jednak, że będzie tak trudno ruszyć dalej.
Dzień zaczął się od złego nastroju, choć nie wiedziałam dlaczego. W Zielińcu byłam już wykończona. Mapa mówiła, że czeka mnie 28 km w słońcu. Cieszyłam się jednak na spotkanie znajomych wieczorem – liczyłam na małą odmianę.
Rzeczywistość okazała się inna – seria niemiłych gestów i słów od osób, które uważałam za ważne, odebrała mi energię. Potem myśli wpadły w pętlę samotności, dodatkowo podsycaną wiadomościami od innych. Zaczęło mnie drażnić nawet to, że ktoś inny daje radę. A potem miałam wyrzuty sumienia, że mnie to drażni. I nagle okazało się, że nie wiem, po co ja właściwie pchałam się na tę drogę. I po co mam właściwie jutro iść (prognoza mówi o 34 stopniach jutro). Że tak naprawdę nie chcę się już nigdzie ruszać.
A jak miałabym w sumie jutro iść, skoro jest 23:00. Jeśli jutro mam ruszyć, to tylko wcześnie rano, by skwar przeczekać w lesie lub nad wodą. Tymczasem siedzę z opuchniętymi od niepotrzebnego płaczu oczami. Przecież wiem, że wyszłam na tę drogę, by uczyć się zaufania. A jednak kilka głupich sytuacji sprawiło, że płaczę i czuję, że wcale nie umiem ufać, że będzie dobrze.
Czy ja jutro ruszę? Rozpaczliwie szukam mędrca tej opowieści.

Dzień 5 - Ignacy Loyola kontra 34 stopnie
📍 11,7 km autobusem, 4 km autem i 16 km pieszo

Jak Loyola wyciągnął mnie z łóżka
Zwycięstwo 😃
Choć wcale nie miałam ochoty, to jednak po długiej walce w końcu o 12:00 ruszyłam w dalszą drogę. Mędrcem okazał się święty Ignacy Loyola, który mówił, żeby nie zmieniać decyzji pod wpływem silnych emocji. Więc postanowiłam jej nie zmieniać i iść dalej. Choć przyznaję, że nie tylko emocje mnie powstrzymywały. Ach, ten żar lejący się z nieba!
Żeby żar mnie nie powstrzymał, podjęłam decyzję, że skorzystam jednak z dobroci komunikacji miejskiej i podjadę do parafii świętego Jakuba w Głuszynie, żeby nie iść z ciężkim plecakiem przez calusieńkie miasto. Lepiej chwilę podjechać, niż w ogóle nie ruszyć w drogę.

Idealny odcinek na 34 stopnie upału. Nawet tam, gdzie mapa mówiła, że będzie las, to cienia za bardzo nie było. A teraz od ponad godziny tylko pola. W oddali kilka domów. Ma to swoje zalety — jak nie ma nawet jednego drzewa, które dałoby cień, to nie ma sensu się zatrzymywać, bo co to za odpoczynek w pełnym słońcu. Ale zdobyłam! W końcu jest ukochane drzewko.

Sowiniec i droga „na Zakopiankę”
Miejscowość Sowiniec jest bardzo malutka. Szłam przez nią, mając stare domy po prawej stronie, a wielki mur jakiejś posiadłości po drugiej. Z muru zwisały zielone pnącza. Zdawało się, że brukowana ulica oddziela dwa różne światy.
Na skrzyżowaniu zerknęłam na mapę, gdzie teraz iść. I nagle usłyszałam nad sobą głos: „Na Zakopiankę w lewo!”. To panowie na dachu budowanego przez nich domu chcieli mi podpowiedzieć drogę. Wprawdzie na Zakopiankę chyba nie dam rady dojść, ale faktycznie moja droga prowadziła w lewo.
Jednak kiedy zrobiłam kilka kroków na asfalcie za skrzyżowaniem, moja noga przypomniała, że nie podoba jej się ta droga. Zaczęłam się zastanawiać, czy może złapać stopa do Baranowa. Dla samochodu to wprawdzie kawałeczek, ale dla mnie to może być godzina piechotą. I kiedy się tak zastanawiałam, zza moich pleców wyjechał samochód, a kawałek dalej się zatrzymał, cofnął nieco i uprzejmy młody pan zapytał, czy mnie gdzieś podrzucić.
Nie będę musiała pisać, co mu odpowiedziałam, jeśli Wam powiem, że pan wprawdzie piechotą z plecakiem to by nie chciał, ale lubi jeździć rowerem i tu po okolicy, i nad morze, i w góry. 200 km dziennie to dla niego nie problem. Albo pobiegać po okolicy. Ale droga tu słaba do jeżdżenia na rowerze, bo pobocza nie ma, a jest bardzo ruchliwa. Telewizja tu często przyjeżdża kręcić jakiś serial…

Żabno i upragniony chłód
W Baranowie pożegnałam się z panem i ruszyłam na Żabno. Gdybym dziś nie wyszła w drogę, nie wiedziałabym, ile by mnie ominęło.
Powoli zaczyna mi doskwierać lewe biodro, a to zły znak. Godzina 17:45. 32 stopnie. Na szczęście docieram już do Żabna. Kościoły to takie miejsca, które pielgrzymi bardzo lubią — nie tylko ze względów duchowych. Wreszcie odrobina cienia i chłodu.

W drewnianym kościółku św. Jakuba był zdecydowanie chłód. Przed kościołem powitała mnie piękna muszla (dzieło rodziny, której gościnność już wkrótce miałam poznać). W środku prezbiterium obraz św. Jakuba. A przed ołtarzem oczywiście słoneczniki.
W kościele przywitał mnie przemiły pan kościelny, ucieszył się z pielgrzyma, opowiedział o kilku ostatnich pielgrzymach… Potem była Msza. Z Mszy zapamiętałam przede wszystkim liturgię słowa. Czytanie mówiło o tym, jak Pan daje ścięgna i ciało zeschłym kościom i tchnie w nie ducha. Ewangelia — o najważniejszym przykazaniu, przykazaniu miłości. I jeszcze antyfona na komunię: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”. Jakoś te słowa mnie urzekły.

Remont, malowanie i uczta
Po Mszy ksiądz zaprosił do budynku, który aktualnie jest w remoncie i już za jakiś czas będzie piękny. Dla mnie był mały pokoik z dwoma łóżkami, stolikiem i księgą, do której wpisują się pielgrzymi. Obok, w sali, trwał remont. Okazało się, że ciężko zebrać mieszkańców, żeby pomogli w malowaniu. Zaoferowałam więc, że mogę dziś wieczorem pomóc i tak oto już kilkanaście minut później gruntowałam mydłem ściany.
W międzyczasie toczyła się rozmowa o dużej szafce, która ma stanąć w salce i służyć wszystkim (na książki, trofea, sprzęt muzyczny) i że brakuje na nią sponsora.
Bardzo się utożsamiam podczas tej pielgrzymki ze świętym Pawłem (bardzo go lubię, swój człowiek, taki raptus, który jak w coś wierzy, to na całego, a jak zauważy, że był w błędzie, to zmienia się i znów na całego jest w tym nowym, w co wierzy), który pisał, że do wszystkich warunków jest zaprawiony. Dziś w sumie miałam w plecaku chleb i babeczkę, którą w czwartek wieczorem dostałam, wrzuconą na szybko na wierzch plecaka. W ciągu dnia o niej zapomniałam i kiedy sięgałam po chleb, sprawił mi jej widok ogromną radość i smakowała jak żadna inna babeczka w życiu.
Podczas gruntowania też zgłodniałam i sięgnęłam po kromkę. I kiedy ją jadłam, niespodziewanie dostałam zaproszenie na ciepły prysznic i kolację! Przepyszną kolację z jajecznicą. Ale przede wszystkim spotkanie. Spędziłam cudowny wieczór z fantastyczną rodziną, która zaprosiła mnie do swojego życia. A na koniec zaprosili na śniadanie na 9:00.
Nocne rozmowy i wdzięczność
Ale to nie koniec przygód dnia. Wczoraj ja czułam się bardzo źle i nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. A dziś zadzwonił przyjaciel, że bardzo źle się czuje. Są takie sytuacje, że rozmowy nie można przerwać słowami: „Jest już późno, jestem zmęczona, jutro przede mną ciężki dzień”. Bo jeśli zostawić samego człowieka, który w tym momencie wątpi w swoją wartość i możliwość szczęśliwego zakończenia, to dołoży się mu jeszcze poczucia, że jest z tym wszystkim sam. A poczucie, że jest się ze swoją rozpaczą samemu, jest bardzo trudne.
Próbowałam więc, jak mogłam, na odległość utulać kochanego człowieka, choć zdecydowanie łatwiej jest to zrobić, siedząc obok. I tak o 2:30 miałam bilans: zagruntowane dwie ściany do wysokości drzwi i jeden od pół godziny niepłaczący i niezałamujący się, zmęczony emocjami, ale spokojny męski głos.
Są takie chwile, że mam ochotę wziąć telefon i napisać SMS: „Panie Boże, jesteś genialny i wspaniałych masz ludzi na Ziemi”. Niestety nie znam jeszcze numeru, więc tylko tyle Mu westchnęłam na dobranoc i wtuliłam się w poduszkę…

